poniedziałek, 25 lipca 2016

Letnie N I E Z B Ę D N I K I, czyli kosmetyki, w które warto zaopatrzyć się latem


Cześć Wam!

Oto ja, blogerka marnotrawna. Po dosyć długiej przerwie, podczas której nie miałam niemalże czasu, aby oddychać,  o pisaniu postów na blogaska nie wspominając, powracam. Co prawda nieco zmęczona życiem i wyssana z energii - ale jednak jestem.

Korzystając  z okazji, że za oknem lato w pełni, postanowiłam skrobnąć co nieco  o kilku perełkach, które naprawdę ułatwiają mi życie podczas upałów. Innymi słowy, w tym poście polecę Wam parę rzeczy, które szczególnie w okresie letnim zaskakują swoja skutecznością, choć oczywiście nie ma żadnych przeciwwskazań, by używać ich również podczas jakiejkolwiek innej pory roku.

Zapraszam!




 B A L S A M  L I R E N E,  B O D Y   A R A B I C A,  W E R S J A  D O  C I E M N E J
 K A R N A C J I 

Balsamy brązujące zazwyczaj kojarzyły mi się z dwoma rzeczami - smrodem i plamami. Cóż, to nie brzmi raczej specjalnie zachęcająco. Na szczęście balsam Lirene zmienił tę niepochlebną opinię  i na dobre zadomowił się w mojej kosmetyczce.
Po otwarciu opakowania i posmarowaniu ciała, pachnie kawą. Niestety jest to stan przejściowy i po kilkunastu minutach pojawia się typowy zapach składnika samoopalającego (swoją drogą, wiecie może jak się ten śmierdziuszek nazywa?).
Porównując go jednak do innych produktów tego typu- zapach ten jest jednak zdecydowanie mniej intensywny i nie zostaje na ubraniach czy pościeli. Idzie przeżyć. Powracając zaś do tematu robienia plam- nie robi ich kompletnie. Parę razy zdarzyło mi się go wsmarowywać go nie do końca dokładnie, w pośpiechu, a efekt i  tak był stosunkowo równomierny. Dodatkowo jest wydajny i dostępny praktycznie wszędzie (ja swój kupiłam w Biedronce). Kolor, który daje jest bardzo naturalny i daleko mu do soczystej pomarańczy. Moja wersja daje kolor bardziej intensywny, jednak istnieje jeszcze wersja do jasnej karnacji, która działa nieco delikatniej.
Jeśli nie macie czasu na wielogodzinne wygrzewanie się na słońcu, naprawdę warto dać mu szansę.
Cena- ok. 12 zł.



 B O D Y  P E R F E C T O R , C C   B I E L E N D A

O tym specyfiku słyszałam już bardzo dawno. Chyba nawet czaiłam się na jego zakup w zeszłym roku, ale sama idea wydawała mi się dosyć idiotyczna - że niby taki fluid do całego ciała? To przecież pobrudzi wszystkie ubrania, jak w ogóle tego używać?!
Jeśli Wasze obawy podobne są do moich, pozwólcie mi je rozwiać. Wchłania się błyskawicznie, nie brudząc niczego prócz dłoni, którymi go wpracowujecie w ciało. Jeśli szykuje Wam się jakieś większe wyjście, to po prostu MUSICIE go mieć. Wszystko co obiecuje producent- czyli w skrócie, że Wasze ciało będzie wyglądało perfekcyjnie, jet szczerą prawdą. Ukrywa wszystkie niedoskonałości, pajączki, zaczerwienienia i  nadaje delikatną, złotawą poświatę. Wasze nogi będą wyglądały niemalże jak nogi J.LO w teledyskach. W sensie, będą je przypominały kolorem. I strukturą. Naprawdę, ten produkt to prawdziwa petarda.
Minusem zdecydowanie jest wydajność. Produkt ma tylko 175 ml, co daje nam ok.3-4 użycia na całe ciału lub dwukrotnie tyle tylko na nogi. Dlatego też, osobiście stosuje go tylko na większe wyjścia. Mimo obietnic producenta, nie jest też do końca wodoodporny i pakowanie się po jego użyciu w ulewę, może być zabawne.
Kosztuje ok. 25 zł, ja swój dorwałam na promocji w Super Pharmie za nieco ponad 16 zł.

Z I A J A  , M A S Ł O  K A K A O K W E  , P R Z Y Ś P I E S Z A C Z  O P A L A N I A  W  
S P R A Y U

Zanim zacznę wywody- czy dla Was również słowo przyśpieszacz brzmi jakoś dziwnie i nie po polsku?!
Abstrahując od nazwy- produkt jest naprawdę ciekawy. Co do samego przyśpieszania opalania, cudów raczej nie ma i jeśli nie macie tendencji do szybkiego przybrązawiania się, raczej tego nie odmieni. Pomaga za to zamienić spieczonego raczka w brąz uwielbiany przez dziewczyny z piosenki Ryśka Rynkowskiego. Pięknie pachnie czekoladą, jest wydajny i jakoś tak po prostu sprawia, że opalanie jest.. nie wiem, przyjemniejsze? 
Warto go sprawdzić, tym bardziej, że cena jest naprawdę zachęcająca- swój kupiłam za ok. 8 zł.
Uwaga! Zawiera w składzie parafinę- jeśli Wasza skóra się z nią nie lubi, poszukajcie lepiej czegoś innego.


C H U S T E C Z K A  S A M O O O P A L A J Ą C A,  D A X   C O S M E T I C S

Tego produktu bałam się chyba jeszcze bardziej niż klasycznych samoopalaczy. W końcu chodzi o twarz- oszpecenie której części ciała byłoby bardziej dramatyczne w skutkach? Okazało się jednak, że kompletnie nie było czego.
Należę do tych osób, które nawet jeśli zdecydują się na opalanie, twarz przed słońcem chronią całkowicie. Prócz zaczerwieniania nosa i przyśpieszenia procesu starzenia się skóry, słońce niczego na mojej twarzy nie zdziała (nie, nie jestem jedną z tych uroczych dziewczyn w warkoczykach, którym na słońcu wychodzą piegi- a szkoda)
Chusteczka jest prosta w użyciu- wyjmujemy z opakowania, przecieramy nią twarz i przez ok. 2 kolejne dni powtarzamy operację. Efekt możemy stopniować- po pierwszym użyciu jest naprawdę bardzo delikatny. Jej zapach przesadnie uroczy nie jest, ale podobnie jak w przypadku balsamu Lirene, szybko znika i jest stosunkowo delikatny.
Kosztuje śmiesznie mało -ok.2 zł. Jeśli chcecie delikatnie przybrązowić swoją buzię, szansa, że znajdziecie w drogerii coś lepszego, jest naprawdę nikła.
Minusów brak.

K R E M   M A T U J Ą C Y  S I A R K O W A  M O C,  B A R W A 

Ten krem to prawdziwy killer sebum. Naprawdę. Mimo wielu prób, nie udało mi się jeszcze znaleźć produktu, który matowałby równie mocno i przy tym nie wysuszał. Co roku latem, kiedy moja cera szaleje i świecę się tak, że ludki na Marsie prawdopodobnie myślą, że Ziemianie wysyłają im jakieś tajemne znaki, sięgam po niego z przyjemnością.
Jest tani - ok.18 zł, wydajny, spełnia swoje główne zadanie, czyli matuje i dostępny jest praktycznie w każdej drogerii. Dla mojej mieszanej skóry to prawdziwy, letni ideał.



K R E M   D O  S T Ó P   N A  P O P Ę K A N E  P I Ę T Y , S H E  F  O O T

Noszenie wyciętych sandałków, niestety zobowiązuje do wzmożonego dbania o kondycję stóp. Szczerze wierzę, że zdajecie sobie sprawę, że jedna mała pięta naprawdę dużo może. Może zrobić bardzo dobre wrażenie. Albo drastycznie obrzydzić. Bo popękane pięty, które rozrywają podkolanówki, są po prostu obrzydliwe. I niestety często przeze mnie widywane w MZK. Często towarzyszą im też doznania zmysłowe. Węchowe, dokładniej. Masakra.
Ale przechodząc do meritum- ten krem to tak naprawdę krem-maska. Bardzo gęsty i treściwy. Wystarczy użyć go tak naprawdę tylko kilka razy w tygodniu, żeby osiągnąć rewelacyjny efekt zadbanych, nawilżonych stóp.
Cena - ok.15 zł. Bardzo wydajny. 

S U C H Y   S Z A M P O N , B A T I S T E , G A R D E N  O F   E D E N

Zacznę może od tego, że ten zapach totalnie skradł moje serce i jeśli znacie ten produkt oraz jakieś perfumy o podobnych nutach zapachowych, to proszę, dajcie znać. Cena nie gra roli. Hehe. Nie no żartuje. Niestety gra. Ale tak bardzo chciałam napisać to zdanie!
Batiste'a generalnie nie trzeba chyba nikomu przedstawiać - a prawda jest taka, że podczas letnich wojaży, kiedy szkoda czasu na tak przyziemne czynności jak mycie głowy, potrafi uratować życie. Odświeża i rewelacyjnie dodaje objętości. Mimo romansów z innymi markami, stwierdzam, że Batiste jest jednak niezastąpiony. 

Chętnie poznam również Wasze letnie niezbędniki, dlatego jeśli przychodzi Wam do głowy jakiś inny, ciekawy, niedrogi i łatwo dostępny produkt, dajcie znać koniecznie!


***





2 komentarze:

  1. U mnie niestety Batiste się nie sprawdza, mimo poprawnego użytku mam białe włosy :( Nie pomyślałbym, ale u mnie idealny jest syoss. :)

    http://ms-mess.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. O prosze, nigdy nie słyszałam o tym Syossa! Chętnie sprawdzę :))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz! / Thank you for your comment!